niedziela, 3 kwietnia 2016

Hare

Walka już chwilę trwała, a ja nie potrafiłam sobie poradzić z tym człowiekiem sama. No w sumie nie tylko z nim, w krótkim czasie zdołał utworzyć sobie mini armie. Niewinni ludzie nie mogą ucierpieć, nigdy na to nie pozwolę. Nie miałam jak się bronić, do mojej myśli zaczęły wkradać się cudze myśli. Odskoczyłam gwałtownie do tyłu i zamachnęłam się młotem, chciałam go nim uderzyć, przewrócić, COKOLWIEK, ŻEBY GRAJEK PRZESTAŁ NA CHWILĘ GRAĆ!
Niestety nie trafiłam. Przeklęłam pod nosem i cofnęłam się jeszcze kilka kroków do tyłu. Zanim zdążyłam cokolwiek wymyślić, usłyszałam charakterystyczny śmiech, zobaczyłam płomienie....NO WRESZCIE! Już myślałam, że nie przyjdzie...ale... co on odwala?
-EJEJEJEJ! Co ty robisz?!-Szybko pobiegłam w jego stronę.-Zabijesz niewinnych ludzi! Mamy go uratować, a nie spalić żywcem!!
-Wiesz, IM WIĘCEJ LUDZI, TYM WIĘCEJ POTENCJALNYCH AKUM~ - nadal się śmiał, wręcz przygniatając grajka do ziemi — ROBACTWO TRZEBA TĘPIĆ~
Pierwszy raz w życiu widziałam, że on ma zęby i że ten jego hełm to nie hełm...a głowa. Szaleństwo w jego oczach mnie wręcz odpychało. A on chyba próbował odepchnąć mnie. Ogniem. Bez zastanowienia rzuciłam w niego właśnie podpalonym młotkiem. Udało mi się nawet trafić w jego głowę. Ewoluowałam. Moja celność ewoluowała. -Nie po to tu jesteśmy, kretynie!-Warknęłam rozwścieczona.
Potoczył się po ziemi, wśród tłumu ludzi niczym ognista kula. Uderzenie musiało być naprawdę mocne... Wstał, szczerząc tę swoją mordę.
- Masz problemy z celowaniem, wieeeeesz? - śmiał się dalej — Jemu powinnaś przyłożyć.
W międzyczasie odepchnął parunastu przechodniów.
Ale...co ja mam teraz zrobić? Bardziej mi przeszkadza, niż pomaga...
-Masz mi pomóc do jasnej cholery!- Szybko pobiegłam za nim, łapiąc „w locie” swój młot z chodnika.
- Pozwól mi go zabić — oparł brodę na swojej buławie, zamiatając ogonem dookoła. Pseudo armia się ulotniła. - skrócimy jego cierpienia i trwały uraz na psychice~
-Nie!-Wrzasnęłam na cały głos- Proszę...-Dodałam dużo ciszej po krótkiej chwili. Już po chwili szarpnęłam go z całej siły za ogon. Dobry boże, jeśli istniejesz, daj mi cierpliwość.
Ogień na nim zaczął powoli gasnąć.
- Jak ładnie prosisz... Daruję temu ścierwu życie — ostatni raz kopnął niedoszły czarny charakter w żebra — ale za jego stan zdrowotny nie będę potem odpowiadać~ Biedny człowiek nie był już w stanie grać, wyszarpnęłam mu akordeon z rąk i rzuciłam na ziemię, by się roztrzaskał. Fioletowy motyl powoli poleciał w górę. Czas pożegnać złe moce... Westchnęłam cichutko i wyciągnęłam przed siebie młot. Złapałam akumę i oczyściłam. Spadaj już miły motylku. Człowiek już odmieniony leżał na środku ulicy, był w naprawdę fatalnym stanie. Odwróciłam się. Kameleon gdzieś zniknął, pozostawiając pogorzelisko i parę trupów. Jak ja go za to nienawidzę....
-Rossa... odkicaj...-powiedziałam cicho. Kwami wyleciało z zawieszki, uwalniając mnie ze stroju. Idąc do domu, zadzwoniłam po karetkę. Może jest jakaś nadzieja...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz