Nie dalej jak kilkaset metrów dalej faktycznie, zupełnie przypadkiem, napatoczyłem się na budkę z lodami. Po zamówieniu jednego, dużego i śmietankowego, zrobiłem typowy w tył zwrot i obrałem drogę do domu. Długie przemyślenia dały mi do zrozumienia, że raczej nie mam nic do roboty na dworze, a w domu - tak jak obiecałem zresztą Kaviemu - dokończymy sobie maraton bajkowy. Czeka na nas w końcu tona popcornu, ,,Piękna i Bestia", ,,Bambi" i kilka...Kilkanaście innych klasyków. Mała papuga zwykła naprawdę się lubować w bajkach, ale dziwniejszym chyba było to, że i ja lubię oglądać bajki. Nie horrory, nie komedie i nie jakieś akcje. Bajki przede wszystkim.
Westchnąłem ciężko i uniosłem loda lekko ku górze, żeby małe ptaszysko zakopane gdzieś w moich włosach się poczęstowało i faktycznie trzymałem go tak dłuższy czas, co z boku musiało wyglądać naprawdę dziwnie, ale jakoś się tym nie przejmowałem.
Kiedy Kavi się nasycił, sam zabrałem się za jedzenie dość przyjemnie chłodnego loda w wafelku, który w dzień taki jak ten, był naprawdę wybawieniem. Szczerze mówiąc nie przywykłem jeszcze do tego klimatu. W Rosji..Było dużo chłodniej niż tutaj i jakby nie patrzeć trudno było mi się przestawić na ten upał. Tutaj wszystko było inne i jakby powrócić do użalania się nad sobą, to to też mnie przytłacza.
-Jaki mamy plan działania?- zapytał Kavi, ciągnąc lekko dziobem kosmyk moich włosów, jakby chciał zwrócić na siebie większą uwagę, mimo, że był moim jedynym rozmówcą.
-Zamawiamy jedzenie, robimy popcorn i oglądamy dalej bajki?- zapytałem dla upewnienia, chcąc mieć pewność, że istotka ów ma ochotę na tak samo leniwy wieczór jak ja. Zwierzątko mruknęło cichutko w leniwym zadowoleniu, co było dla mnie jednoznacznym upewnieniem na to, że pomysł jednak się przyjął. Mnie to cieszyło. Zależało mi jak cholera, ażeby ten ostatni dzień wakacji spędzić w jak najmniejszym stresie i jak największym odizolowaniu moich myśli od jutrzejszego dnia.
Szedłem tak co jakiś czas wymieniając zdania z papugopodobnym stworkiem, kierując się prosto do domu. W międzyczasie, kiedy Kavi rozleniwiony ostatnio zerwaną nocką, ponownie w tym dniu usnął, ja wsadziłem do uszu słuchawki, podłączone do starego i zniszczonego telefonu, na którym puściłem przypadkową piosenkę z mojej playlisty. Powolny rytm piosenki, sprawił, że momentalnie pożałowałem, że nie mam w tym momencie dostępu do gitary. Przypływ weny muzycznej był u mnie codziennością, jednak co raz mniej czasu spędzałem przy instrumentach i to w sumie mnie gdzieś trochę bolało. Nie oddawanie się pasji jest trochę przytłaczające i wiem to z przymusowego doświadczenia, a teraz od tak po prostu sam z tego rezygnuje. Sam nie wiem w sumie dlaczego.
Mętne rozmyślanie rozwiał momentalnie błysk płomieni na sąsiednim budynku. Przystanąłem na moment, spoglądając nieznacznie zaciekawiony bitwą, rozgrywającą się na dachu, na tyle blisko krawędzi, ażeby dla mnie i ludzi wokoło była widoczna. Bitwa...W zasadzie bitwą trudno to nazwać. Biedny człowiek zamroczony złem, w jednym momencie doznał oparzeń drugiego bądź trzeciego stopnia, nawet nie mając się jak bronić. Wmurowało mnie, dosłownie. Nie ze strachu, a ze zdziwienia i przerażenia. Na miłość Boską, to największe dno inteligencji właśnie prawie zabiło niewinnego człowieka...Momentalnie zrobiło mi się słabo, do tego stopnia, że nawet nie potrafiłem myśleć logicznie i stanąć w obronie tego człowieka. Korzystając jednak z momentu trzeźwości, pochwyciłem telefon, wzywając pogotowie za wczas, ażeby dotarli na miejsce zanim może ktoś zorientuje się, że potrzebuje natychmiastowej pomocy.
W drugiej chwili, kiedy to królikopodobne zajmowało się upośledzonym kameleonem, ja przyśpieszyłem nieznacznie w kroku, najzwyczajniej w świecie wyprowadzając gapiów w dalsze części miasta, ażeby przypadkiem nie stała im się krzywda. Namawianie dało się we znaki i po szybkim uświadomieniu im niebezpieczeństwa faktycznie wszyscy uciekli, poszli w popłochu, nie chcąc się narażać.
Mój Boże, Polska to jednak upośledzony kraj. Może się mylę, ale w przypadku superbohaterów jednak Moskwa w porównaniu do tego miasta ma lepiej. Wszyscy przynajmniej znają podstawowe zasady bycia superbohaterem i nie katują niewinnych ludzi. W Moskwie wszyscy, bez wyjątku obchodziliśmy się z ratowaniem tych biednych ludzi bez ofiar śmiertelnych..
Odwróciłem się na moment, idąc przy tym tyłem i spoglądając na miejsce akcji, od którego się oddalałem raz po raz co raz bardziej, jakbym chciał się upewnić, że ten chory człowiek nie postanowił skrzywdzić kogoś jeszcze niewinnego.
-Wystraszyłem się - mruknął przestraszony zwierz, siedzący wciąż pod moim kapturem.
-Było czego - powiedziałem, wiedząc, że palenie się żywcem raczej nie jest niczym przyjemnym i mało tego, należy z całą pewnością do najokrutniejszych i najbardziej bolesnych tortur. Wzdrygnąłem się na samą tą myśl.
Odwróciłem się momentalnie, uznając, że zagrożenie przeminęło i przez gwałtowność i brak uwagi w wykonywanym przeze mnie czynie, zderzyłem się z jasnowłosą dziewoją. Automatycznie wręcz zrobiłem krok w tył, mierząc ją prędko wzrokiem, jakbym co najmniej był zdziwiony jej obecnością tutaj. Zaśmiałem się nerwowo, powracając na ziemię, po czym nieznacznie przygryzłem speszony wargę, przez chwilę nie potrafiąc powiedzieć nic sensownego.
- Eeem..Ja...Daruj..Nie... Zapatrzyłem się...- tutaj zaciąłem się doszczętnie, gestykulując rękoma, kierunek w którym patrzyłem. Nie do końca wiedziałem czy nazwać to miejsce po nazwie ulicy - której nie znałem, czy...Cokolwiek, więc przez ułamki sekund dukałem nieco speszony i zdezorientowany przy tym. -Tam - wyjaśniłem w końcu krótko, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, posyłając jej skruszony, przepraszający uśmiech.
-Przepraszam jeszcze raz...Cała jesteś? ...Pójdziesz z tym na obdukcję..? ..Będę musiał płacić odszkodowanie, czy może raczej nie?- rzuciłem z lekkim, a mimo to skrzywionym pod napływem niezręczności uśmiechem.To był jeden z tych tekstów "nie na miejscu, ale dodających śmiałości". Lepsze to niż ta niezręczna cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz