Słoneczny dzień minął mimo wszystko w ponurym dla mojego samopoczucia nastroju. I zapewniam, że nie chodziło o sam fakt wstania nad ranem do pracy, a o to, że to ostatni dzień wakacji. Słoneczne dni może nie przeminą tak od razu, szumu plaży też brak mi nie będzie, bo w nadmorskim miasteczku mam go pod dostatkiem, jednak gdzieś w głębi, nieznacznie bałem się iść do szkoły. Do Polski przeprowadziłem się ze dwa miesiące temu, a i mimo przelotnych znajomości nie czuję się na siłach, żeby znaleźć nowe - w szkole. To faktycznie trochę przerażające jeśli tak o tym pomyśleć. Brak akceptacji to w końcu nic miłego. Skazanie na samotność? Tego się bałem. Jestem człowiekiem bardzo społecznym i mimowolne przerzucenie mnie do strefy samotnej, byłoby dla mnie dość sporym obciążeniem...Chyba nawet psychicznym.
Moje rozkojarzenie w pracy i brak chęci do toczenia z kimkolwiek bardziej rozbudowanych rozmów - jak to miałem w zwyczaju - zawdzięczałem temu, że cały czas rozmyślałem o szkole, a nadto zastanawiałem się, czy tutaj będę skazany na działanie samemu. Oczywiście bezpieczniej jest ratować ludzi z kimś innym, bo zawsze masz swego rodzaju oparcie, że w razie wypadku będziesz miał kogoś kto ci pomoże i w sytuacji krytycznej zrobi wszystko, żebyś jednak nie zginął i po prostu uratuje ci dupsko. Ja póki co takiego oparcia nie miałem i to trochę napawało mnie trwogą przed wdaniem się w jakąkolwiek akcję, chociaż z drugiej strony to był mój obowiązek, który chcąc nie chcąc muszę spełniać. Cholera, jakie to...trudne. Wiedziałem, że przeprowadzka pociągnie za sobą szereg skutków, ale nie sądziłem, że tak późno to do mnie dotrze. Wciąż się nie mogę przyzwyczaić do tego wszystkiego i nawet entuzjazm Kaviego średnio mi się udziela.
Zachowuję się jak panienka z okresem..
Westchnąłem głęboko, biorąc się o tyle o ile w garść, chcąc zminimalizować wszystkie niepotrzebne obawy, bo jakby nie patrzył mam jeszcze kilkanaście godzin na zamartwianie się, więc nie muszę tego robić teraz. Tak swoją drogą podbudowała mnie myśl, że w końcu Teresa mnie wprowadzi i oprowadzi. W końcu będziemy razem chodzić do szkoły!
Na dodatek niesamowitym entuzjazmem napawała mnie myśl o poznaniu nowych, innych Miraculum. W końcu Moskwa miała swoich superbohaterów, których znałem, nie z prawdziwej tożsamości, ale chociażby z zachowań, charakteru i stylu bycia. Tutaj nie znam nikogo i pomijając fakt, że to przerażające, to też ekscytujące, że "poznam" nowe osoby, z zadaniem takim jak moje.
Na zapleczu, zamierzałem złożyć rzeczy przynależne do restauracji i sam wciąć swoje, zamiast pustego pomieszczenia, napotkałem Teresę.
-Cześć Tere- urwałem jednak prędko, zauważając, że dziewczyna od tak zaczęła się przebierać, ściągając swój t-shirt.-Ojezusmaria- wydukałem na jednym wdechu, odwracając wzrok, a następnie siebie, do ściany, tak, żeby nie móc nijak spojrzeń na przebierającą się dziewczynę, mało brakowało, a bym nawet zakrył sobie oczy ręką.
-Jesteś dość...Mało wstydliwa - rzuciłem nieznacznie rozbawiony, dopatrując się kolejnej cechy charakteru, której wcześniej nie zauważyłem. -W przeciwieństwie do mnie - dodałem już nieco mniej zuchwałym tonem głosu, nawet trochę speszonym, zauważając, że to trochę ironiczne, że koniec końców powinienem gapić się na jej dekolt jak wygłodniały kundel, do póki by mnie nie upomniała, a ja tymczasem tego unikam. Chrystusie, jakim typem pod-chłopaka trzeba być?
Słysząc jej wypowiedź, odwróciłem się, dobrze zakładając, że już się przebrała, po czym wsłuchałem się w olśniewająco piękną opowieść, żałując głęboko, że mi się nie śnią zbyt ciekawe sny. Później ucięliśmy sobie krótką pogawędkę w zasadzie o niczym i rozeszliśmy się, każde w swoją stronę. Teresa - jak poinformowała - do domu, a ja..W sumie sam nie wiedziałem, ale na pewno nie tam.Jakoś niespecjalnie lubię wracać do domu, bo wiem, że będzie pusty..Jak prawie zawsze ostatnio, więc wolę spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu, niż w domu, bez nikogo prócz Kaviego, który aktualnie gnieździł się w kieszeni mojej bluzy, ucinając sobie drzemkę.
Stwierdzając, że naszła mnie ochota na loda - najlepiej kręconego, udałem się w poszukiwaniu ów budki. Niby jestem tu od dwóch miesięcy i umownie orientuję się gdzie co jest, tak niektóre rzeczy i miejsca wciąż nie utkwiły mi w myślach, właśnie tak jak te budki z lodami.
W międzyczasie Kavi obudził się i przechodząc pod rękawem bluzy, przez całą rękę, wyszedł koło karku, pochwycił w swój dziobek skrawek kaptura i wspinając się raz po raz, ostrożnie w górę, naciągał mi go na głowę, aż w końcu stało się tak, że jego misja została wypełniona, jednak sam został pogrzebany w moich włosach, w bezpiecznym schronieniu pod kapturem.
-Jakoś tutaj spokojnie jest - jęknął nieco znudzony ptak i trudno byłoby mi nie przyznać mu racji, jednak jakoś mi się nie śpieszyło do akcji.
-Wydaje mi się, że to przeżyje - mruknąłem, jakoś nie zważając na to, że z boku wygląda to jakbym rozmawiał sam ze sobą. W sumie równie dobrze mógłbym rozmawiać przez telefon w ten dziwny sposób. Cokolwiek. Zawsze inni to tak postrzegali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz